Dokładnie 1.03 Łucja skończyła 6 miesięcy. Ciężko mi uwierzyć, że czas tak szybko zleciał, bo przecież dopiero co, rok temu na walentynki dzieliliśmy się naszą radosną nowiną z najbliższymi. Dziś trochę o tym jak oceniam czas macierzyństwa.

Na głęboką wodę

Pierwsze chwile z córeczką były jednymi z najcudowniejszych w moim życiu. Euforia, szczęście i radość z narodzin skutecznie uśmierzały ból i dodawały skrzydeł. Z jednej strony wielki stres bo pomimo doświadczenia w pielęgnacji i opiece nad siostrzeńcem i odbyciu szkoły rodzenia stanęliśmy przed wielkim wyzwaniem – dbania o naszą małą kruszynkę. Przygotowaliśmy się do tego długo, jednak, czy tak na prawdę da się w pełni przygotować? Na szczęście mój instynkt macierzyński mnie nie zawiódł i z wielką ochotą zajmowałam się córeczką. Mimo to na pierwszy kryzys nie musiałam długo czekać. Dopadł mnie baby blues, o którym już Wam opowiadałam. Do tego doszły problemy z laktacją i przyrostem, a raczej spadkiem masy naszej kruszynki.

Dwa pierwsze tygodnie wspominam jako huśtawkę nastrojów, bólu i eufori. Zdecydowanie nie byłam świadoma, jak bardzo cesarskie cięcie będzie mi utrudniać zajmowanie się dzieckiem. Zwykłe wstanie z łóżka było wyzwaniem, na szczęście był ze mną mąż, który pomagał jak potrafił, wspierał i motywował.

Rośnij zdrowo

Pewnie jak każda matka od początku martwiłam się o zdrowie córeczki. O ile udało nam się przebrnąć przez ten okres z zaledwie jednym katarkiem, tak nie ominęły nas inne problemy. Pomijając już dobór masy o którym sporo pisałam w poście o rozkręcaniu laktacji, Łucja jak wiele dziewczynek miała dysplazję dziecięcą. Niby nic strasznego, bo wystarczyło szeroko pieluchować przez kilka miesięcy, jednak stres pozostaje – czy wszystko będzie dobrze. Przy okazji wyszło, że Łucja bardzo niechętnie leży na brzuszku. Jak później się okazało (po szeregu kolejnych wizyt u specjalistów) boryka się z asymetrią oraz osłabionym napięciem obręczy barkowej. Dzięki szybkiemu rozpoznaniu, i wsparciu pediatry już w styczniu rozpoczęłyśmy rehabilitację. Efekty powoli już widać, a córka nadrabia zaległości przy stałej kontroli medycznej.

Zdecydowanie najbardziej dokuczliwą dolegliwością małej jest ulewanie. Niekiedy 5-8 razy trzeba ją przebrać, bo jest cała mokra. Obecnie pomaga nam przepisany syrop na refluks. Dodatkowo wspiera on również przyrost masy córki (pokarm ma szansę się wchłonąć) i pomimo, że nie udało się podwoić masy urodzeniowej, to brakuje nam już tylko 0,5kg. Córeczka należy raczej do dzieci drobnej budowy i póki masa idzie w górę, to staram się nie przejmować, jednak cały czas monitoruję te kwestie.

Błędy młodej mamy

Nie ma ludzi idealnych więc i ja, jak każda mama popełniam błędy. Pierwszym z nich był brak dystansu. Mogę tłumaczyć takie zachowania hormonami, jednak nawet w ciąży nie miałam tak skrajnych odczuć jak po porodzie. Najbardziej martwiłam się laktacją i obwiniałam siebie za brak mleka, bolące brodawki i poczucie niemocy. Podanie mleka modyfikowanego z początku traktowałam jak największą porażkę rodzicielską. Dopiero po czasie i przyzwyczajeniu się do tej myśli dotarło do mnie, że lepiej tak, niż głodzić dziecko a z pomocą położnej laktacyjnej udało mi się przejść do wyłącznego, wymarzonego karmienia piersią, że aż szkoda powoli córkę odstawić.

Największym moim błędem było zaniedbanie siebie. Zostając w domu o wiele wygodniej założyć dresy i koszulkę. Włosy mogą poczekać, bo przecież dziecko płacze i najważniejsze. Nie ma czasu na jedzenie i picie bo trzeba zająć się dzieckiem itd. Niestety ale moja córka od urodzenia mało śpi, więc i ja miałam mało czasu na odpoczynek a do tego brak motywacji powodował, że po 4 miesiącach zorientowałam się, że ubieram co popadnie i nie dbam o siebie. Był to zdecydowanie mój największy błąd bo szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Gdy dotarło to do mnie, że dziennie kwadrans rano należy poświecić sobie zabrałam się za szafę. Po porodzie nie miałam czasu ani ochoty na ćwiczenia więc powrót do sylwetki zajął mi 3 miesiące. Co prawda zostały mi jeszcze dwa kilogramy, ale to nawet lepiej, bo zawsze byłam bardzo szczupła. Odmienna sylwetka powodowała, że dalej nosiłam ubrania ciążowe, do czego z resztą nie przywiązywałam zbyt dużej wagi. Odrobina motywacji i oprzytomnienia wystarczyły jednak, by schować odzież ciążową, pozbyć się starych spranych ubrań i ruszyć na chociaż małe zakupy w celu odświeżenia szafy.

Wracam na stare tory

Jako programistka mam możliwość pracy zdalnej, dlatego bardzo szybko podjęłam decyzję, że wybieram się tylko na pół roku urlopu. Powrót do pracy wiązał się z szukaniem niani, które okazało się znacznie trudniejsze, o czym Wam opowiem dokładniej przy innej okazji. Im bliżej było do marca tym większy stres i nie pewność czy dobrze robię. Z jednej strony wiem, że lubię robić wiele rzeczy na raz i pozwala mi to na rozwój personalny co przekłada się na motywację do dalszych działań i satysfakcję. Czy dobrze zrobiłam, nie wiem. Okaże się później. Póki co nie jest źle, bo bardzo cieszy mnie powrót do pracy, jednak nadal wiąże się to z dużym stresem, który odczuwa również córka. Póki co widzę, że powrót zachęcił mnie do aktywniejszego wykorzystywania pozostałego dnia z córką. Do tego mam możliwość zaczynania pracy już o 7 dzięki czemu kończę wcześnie i mamy jeszcze wiele wspólnego czasu, a zaległości w tuleniu nadrabiamy przy karmieniu i w weekend.

Oby tak dalej

Macierzyństwo jest spełnieniem mojego wielkiego marzenia i sądzę, że całkiem nieźle radzę sobie w roli mamy. Pół roku to dopiero początek  ciekawej drogi i już nie mogę się doczekać kolejnych etapów. Jeśli nadal będzie tak świetnie jak teraz to będę bardzo szczęśliwą mamą. Oby trudnych dni było jak najmniej a tych przepełnionych radością jak najwięcej. Póki co, tak bardzo mi się podoba, że powoli myślę już o rodzeństwie dla Łucji (w tej kwestii jesteśmy bardzo zgodni z mężem). Tęskno mi też trochę za brzuszkiem ciążowym i słodkimi kopniakami. Mam nadzieję, że powtórka z tego cudownego okresu jeszcze przede mną.